Od pewnego czasu kino coraz mniej mnie satysfakcjonuje. Dominują filmy, w których aktorzy nie wychodzą poza standardy psychologicznego aktorstwa i w których dialogi są sztuczne, a emocje rodem z seriali. 

Roman Gutek, fot. Łukasz Gawroński

W ostatnich latach, w opozycji do coraz bardziej gładkiego kina artystycznego, powstał nurt  slow cinema. Do jego przedstawicieli zalicza się Węgra Bélę Tarra (autor legendarnego, siedmiogodzinnego filmu „Szatańskie tango”), jak i irańskiego reżysera Abbasa Kiarostamiego („Pięć”), amerykańskiego eksperymentatora Jamesa Benninga („13 jezior”) i Argentyńczyka Lisandro Alonso („Los Muertos”), Turka Nuri Bilge Ceylana („Pewnego razu w Anatolii”), Apichatponga Weerasethakula z Tajlandii („Cmentarz wspaniałości”), Tajwańczyka Tsai  Ming-lianga („Wędrówka na Zachód”),  czy Jima Jarmuscha, którego najnowszy, goszczący właśnie na ekranach polskich kin, film „Paterson”, jest idealnym wręcz przykładem kina powolności .

W tych filmach znajduję to, co teraz w kinie jest mi najbliższe: kontemplacyjny, powolny rytm,  długie ujęcia, prawie zupełny brak akcji, ciszę, monotonię, nutkę melancholii  i niemal fizycznie odczuwalny upływ czasu. Nie atakuje mnie szalone tempo akcji, szybki montaż, ani głośny dźwięk.  Filmy wybieram świadomie, wiem czego się mogę spodziewać na ekranie . Te filmy oglądam najczęściej sam. Przed seansem staram się wyciszyć i skupić, żeby łatwiej mi było wejść w rytm filmu.  Zapominam także o „bożym świecie” i w kinie mam dużo czasu na bycie z filmem, spotkanie z jego twórcą, swoimi myślami i samym sobą.  Często te „filmowe snuje”(zwane także filmami dla wędkarzy)  sfilmowane są tylko w kilku czy kilkunastu ujęciach i trwają 5-6 godzin. Nie mam z tym problemu. Przestaję po prostu zwracać uwagę na czas, a seans staje się rodzajem wewnętrznej podróży, w trakcie której doświadczam  głębokiego spokoju, stanu wyciszenia  i koncentracji.

W prostocie i minimalizmie tych filmów zawarte są najgłębsze prawdy o świecie i życiu. W przeciwieństwie do większości współczesnych filmów, mówią one przemijaniu, samotności, śmierci, pierwotnych lękach i atawizmach, przyglądają się realnym postaciom (często w tych filmach występują amatorzy).  To kino nie schlebia  powszechnym gustom, ani nie jest wynikiem marketingowych kalkulacji. Jego siłą jest naturalność, prostota i kontemplacyjny charakter.

Właśnie ta potrzeba podkreślenia wyjątkowości każdego dzieła sztuki i potrzeba wyjątkowości w obcowaniu ze sztuką zaprowadziła mnie, zresztą nie mnie pierwszego, na Podlasie, gdzie, głównie w Supraślu, przez trzy letnie miesiące będzie się odbywał leniwy festiwal powolności łączący różne dziedziny sztuki, kulinaria i naturę.  To będzie kontrpropozycja dla ludzi zmęczonych dużymi festiwalami,  w trakcie których ogląda się po pięć filmów dziennie albo słucha siedmiu koncertów. Gdzie nie ma czasu na rozmowy, przemyślenia,  zastanawianie się, namysł, nawiązywanie głębszych relacji.  Gdzie wszyscy ślizgamy się po powierzchni, byle więcej i szybciej. Nadmiar możliwości przytłacza. Już dawno zapomnieliśmy o tym, jak to jest oczekiwać na coś, a później cieszyć się, gdy to coś nadejdzie. Sam czekam na ten festiwal z ciekawością. 

Roman Gutek 

Przekrój nr 2 (3557) /17